Moja historia

Wiem, że każdy ma swoje historie, z którymi maszeruje.
Te historie zabierają nas w różne miejsca, coś nam dają, a coś w nas blokują…

Życie numer jeden.

Jest koniec czerwca 1992 roku. Piękny, energetyczny dzień, zapowiadający początek wakacji i wyczekany powrót taty z delegacji służbowej. Trzy miesiące bez niego ciągną się niemożebnie. Dziś przyjedzie. 

Kiedy z nim ostatnio rozmawiałam przez telefon mówił, że będzie do dwóch dni, a minęły cztery. Wychadzam ścieżki do okna i z powrotem, a w międzyczasie staram się czymś zająć, żeby wytopić czas. Czuję, że tęsknię i planuję mu powiedzieć, że to kiepski pomysł z tak długimi podróżami. Nie jestem sama. Moja mama, ośmioletnia siostra i bokserka to nasz cały świat. No może jeszcze FSO Polonez taty, na onczas jeden z nielicznych osiągów polskiej motoryzacji. W każdym razie dla naszego kierowcy zawodowego szczyt marzeń.

Życie toczy się pomiędzy mieszkaniem w nowohuckim bloku, osiedlem roboczo nazywanym Bronx, które rejestruje niewiarygodne historie jego mieszkańców i podwórkiem – czyli centrum rozrywki, edukacji i spraw wewnętrznych.

Jemy obiad w kuchni przy stoliku. Okno otwarte na oścież, widać jak zawsze przeciwległą bramę i olbrzymiego kasztanowca. Obiad przerywa nam telefon, czerwony ,Bratek’ na tarczę, zawieszony na ścianie z boazerii. Mama odbiera, wita się serdecznie z ciocią, potem milknie i zastyga. Z ledwością odkłada słuchawkę na telefon i złamanym głosem mówi, że tata najprawdopodobniej miał wypadek.

Życie numer dwa.

Od wtedy przechodzę do życia numer dwa. Z kolejnych kilkunastu miesięcy pamiętam tylko ból, żal, tęsknotę, smutek i złość. To też czas, kiedy kończyłam szkołę podstawową i zastanawiałam się, co dalej. Dni były bardzo różne. Myślałam wówczas, że nie zasłużyłam na to, co mnie spotkało, że mnie pokarało najbardziej na świecie i że moja historia nie miała prawa się wydarzyć. Żeby pomóc mamie, razem z jej przyjaciółmi i sąsiadami podjęliśmy się pracy chałupniczej, która zaczęła być dostępna w Polsce. Z szycia ubranek dla lalek, składania długopisów wybrałyśmy klejenie kopert A4. Wieczorami i nocami produkowałyśmy stosy kopert z ogromnych arkuszy, które nam dostarczano. Za taki stos, który sięgał mi od ziemi do pasa, dostawałyśmy 9 złotych.

Byłam totalnie zmęczona i wkurzona. Kleiłam te koperty i myślałam sobie wtedy, że na pewno da się inaczej.  Szczerze nie cierpiałam tej roboty. Do dzisiaj mam mdłości, jak widzę koperty A4 albo czuję zapach kleju i tylko jedno skojarzenie.

Miałam piętnaście lat, byłam dość zagubiona w świecie i jeszcze nieświadoma tego, kim jestem, czego chcę, co mi wolno i co potrafię. Mocno polegałam na dorosłych, którzy mówili, że muszę być silna, pomagać, opiekować się siostrą, nie mazać się i dobrze się uczyć. Wzięłam to sobie mocno do serca. Nie sprawdziłam jednak, co ono na to… 

 

Magdalena-Ignaszak-feelharmonic
Wówczas chciałam, żeby było 30 lat później. Wyobrażałam sobie, że po takim czasie moje życie będzie inne, lepsze, ja będę inna, wystarczająco daleko od tego, co się wydarzyło. 

Potrzebowałam bezpiecznego miejsca i pracy. Miałam marzenie, żeby iść do liceum plastycznego, ale marzenia zostawiłam na parkingu podziemnym, razem z resztą siebie… i to na długo. Zakasałam rękawy i byłam gotowa do roboty. Nie miałam planu, ani nie prosiłam o pomoc. Byłam przygotowana na dużo. Chciałam dużo robić, żeby uzupełnić moje braki, bo czułam się  mocno wybrakowana…

Zdałam egzaminy do liceum w Krakowie, do pierwszej tak zwanej klasy wykładowej z językiem angielskim. Eksperyment. Powiedzieć, że wtedy mój angielski był żałosny – to nic nie powiedzieć, a przede mną była nauka wszystkich przedmiotów po angielsku. Nasza wychowawczyni, jednocześnie nauczycielka angielskiego, wyciskała z nas siódme poty a ze mnie, miałam wrażenie, siedemnaste. Z ledwością zaliczyłam pierwszy rok, ale czułam, że ona wie co robi i mocno we mnie wierzy. 

Każdego dnia konsekwentnie przesuwała moje granice możliwości, udowadniała, że mogę i potrafię osiągać cele. Kiedy nie byłam pewna, czy sobie dalej poradzę, mówiła:

„Nie rozglądaj się na zewnątrz; wszystko, czego potrzebujesz, masz w sobie”.

Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to była praca z moim potencjałem. Uczyłam się jak szalona, dniami i nocami, i nie raz miałam ochotę tym… rzucić. Ale były efekty. Skończyłam szkołę z wyróżnieniem i po trzeciej klasie zdałam egzamin państwowy z języka angielskiego…. Praca przynosiła efekty, tak jak chciałam. Od czasu liceum uczyłam angielskiego. Dzięki temu otwierały się przede mną różne możliwości, które znacząco zmieniały moje życie i przynosiły mi satysfakcję. Dawały potwierdzenie ze świata zewnętrznego, że jestem ok. Czułam się lepiej, pewniej, chciałam robić coraz więcej.

I tak skończyłam trzy specjalizacje na nobliwych uczelniach w Polsce, pracując i studiując jednocześnie w trybie dziennym. 

Byłam nauczycielem, tłumaczem i HRowcem. Wyszłam za mąż i wraz z mężem i synem wyprowadziliśmy się na wieś pod Krakowem.

Going high

Potem przez ponad 20 lat opierałam swoją drabinę o ściany największych światowych marek, pracując w obszarze HR, operacji, szkoleń i rozwoju. Cały ten czas doskonaliłam swoje umiejętności i kompetencje. 

Zajmowałam wysokie stanowiska kierownicze, prowadziłam globalne kilkuset osobowe zespoły, centra szkoleniowe w USA i w Holandii oraz multimilionowe kontrakty. Ukończyłam studium menedżerskie na Harvard Business School i niezliczoną ilość innych szkoleń. Rozwój stał się moją naczelną wartością i fascynacją. Jednocześnie największą frajdą było i pozostało wspieranie w rozwoju innych.

Sądziłam, że aby się rozwijać, czuć się spełnioną i podnosić jakość swojego życia, konieczna jest gotowość do pracy w różnych strefach czasowych, zarywanie nocy, skrócenie urlopu macierzyńskiego po urodzeniu dzieci, kilkugodzinne dojazdy do biura, do przedszkoli i szkół, wyjazdy na urlop z komórką służbową, ciągłe zgadzanie się na poszerzanie zakresu obowiązków i ogromna odpowiedzialność za finanse.

Miałam nadzieję, że to przejściowe, że ta intensywność kiedyś minie, a ja wreszcie będę miała więcej czasu dla siebie i dla moich najbliższych. Odpocznę, zadbam o siebie i wyprowadzę z parkingu marzenia. Kto wie, może nawet zacznę pracować tak, jak od dawna chciałam. 

Wielokrotnie zastanawiałam się, czy to, co robię, dawało wystarczającą wartość, czy było najlepszym wykorzystaniem moich umiejętności, doświadczenia, czy było w zgodzie z moimi wartościami, potrzebami, przekonaniami i możliwościami na dany moment. Miałam narzędzia i wiedzę, ale z nich nie korzystałam. Natłok pracy i obowiązków oraz ich tempo wciągały mnie w zaklęte koło, brałam, jak szło. Szło szybko i mocno. 

Do czasu… nie obyło się bez kosztów i surowych lekcji, nie tylko dla mnie, ale i dla mojej rodziny. W wyniku siermiężnej pracy, która tak naprawdę była nadkompensacją, czyli sposobem na uchronienie mojej rodziny przed niedostatkiem, zapewnieniem im i sobie stabilności oraz moją ucieczką od swojej wrażliwości… wypaliłam się. 

Moje ciało dotarło do granic i odpowiedziało chorobami. Przeszłam operację i terapię. To był etap głębokiej przemiany. Taki słodko-gorzki czas, w którym zatrzymałam się i zorientowałam, że właśnie jest 30 lat później, tak, jak chciałam. I że byłam daleko od tamtych wydarzeń, też tak, jak chciałam. Ale najdalej byłam od siebie. Od „swojego życia”, bo to, które wiodłam do tej pory, wydawało się jakieś równoległe.

Odkryłam, że te lata spędziłam głównie realizując czyjeś cele i dbając o czyjeś priorytety, że moja cała energia była skierowana na zewnątrz i nie dawałam jej wystarczających możliwości na regenerację. Pomagała mi rodzina, siedlisko, które stworzyliśmy z mężem na wsi, praca w ogrodzie, las, joga, biegi, zwierzęta, muzyka i zacięcie kreatywne.

Praca zawodowa była w mojej głowie jedynym autoryzowanym typem rozwoju, często jednak niezaplanowanym, chaotycznym i nie współbrzmiącym ze mną. Wypełniła większość mojego życia i to jej i światu się podporządkowałam.

Zacznijmy jeszcze raz.

Nadszedł czas spotkania ze sobą. Zatrzymałam się i wiele przewartościowałam. Dowiedziałam się, kim jestem i co chcę powiedzieć światu. Zawróciłam energię do siebie, a świat… dostosował się. Rozwój – tak, ale harmonijny, przemyślany i uwzględniający to, kim jestem i kim chcę się stać oraz to, czego potrzebuję. Praca – tak, ale nie za wszelką cenę. Najpierw napełniam swoją filiżankę, potem nalewam innym.

Nie zrezygnowałam z rozwijania ludzi, wręcz przeciwnie, pozostaje to moją pasją i misją pochodzącą z serca i doświadczenia. Stworzyłam markę Feelharmonic, aby pracować z liderami nad ich zrównoważonym rozwojem zawodowym i osobistym oraz szeroko pojętym dobrostanem. Wkładam nogę w drzwi u osób, którym one się powoli zamykają, oddzielając ich od wymarzonego, zrównoważonego, dobrego i szczęśliwego świata, a pozostawiając ich po stronie zwątpienia, presji, poczucia dezorientacji i osamotnienia.

Podzieliłam się z Tobą moją historią, żeby pokazać Ci, że to, co się nam przydarzyło, często nas kształtuje i ma wpływ na to, jak funkcjonujemy dzisiaj. Wiem, że każdy ma swoje historie, z którymi maszeruje. Te historie zabierają nas w różne miejsca, coś nam dają, a coś w nas blokują. Moja historia spowodowała, że pracowałam ponad siły, aby nigdy więcej nie wrócić do miejsca, w którym znalazłam się jako dziecko. To moja historia. Ty z pewnością masz inną. Wiedz jednak, że Twoja historia nie definiuje Cię na zawsze. Możesz napisać nową…